Pustynia Lompoul. Mediacje z Koreankami. Trasa północna nad Dakarem.

– Śniło mi się, że prześladowała mnie w mieście szara małpa, pawian szaro-włosy wyprostowany jak człowiek i dość niskiego wzrostu – powiedziałam do Ka o poranku – szłam chodnikiem gdzieś w Nowym Jorku a on dumny zbliżał się z naprzeciwka. Gdy się mijałyśmy, potrąciłam go niechcący i chyba nawet tego nie zauważyłam, tak byłam zamyślona. Nie przeprosiłam go a on zaczął mnie prześladować, choć już nie pamiętam sposobu w jaki to robił.

– masz jakąś życiową puentę w tym temacie? – spytała Ka.

– nic mądrego nie przychodzi mi do głowy….mam! ‘co kraj to obyczaj’ czyli ‘jaki kraj, taki sen’ choć nie  wiem jeszcze gdzie tu sens, ale przywołany do istnienia na pewno mi się objawi – rzekłam radośnie.

– pewnie….słonie to tu ci się raczej nie przyśnią, wybili lub zjedli je dawno temu. To możemy już jechać dalej? – spytała Ka.

– tak – przytaknęłam głową i wyruszyłyśmy w stronę jasnych piasków pustyni Lompoul.

To mała i malownicza pustynia z rozsianymi po niej wysokimi wydmami piaskowymi, które rozciągającą się z głębi lądu przez około 18 kilometrów kwadratowych, aż po brzegi oceanu. W zależności od pory dnia mienią się barwami ochry, żółci i brązu. W jej paru miejscach znajdują się mini oazy z rozstawionymi dla odwiedzających namiotami mauretańskimi i niezbędną, minimalną infrastrukturą. Dotarcie do nich wymaga samochodu z napędem na 4 koła. Tymczasem nasz mały, biały i nisko podwieszony Renault, szorował brzuchem na większości progów zwalniających senegalskich wsi. W miejscowości Kebemer wydzwoniłyśmy lokalnego przewodnika i odbiłyśmy z głównej drogi w lewo by dojechać na umówione spotkanie. Abdou czekał na nas na parkingu, a że firmowy jeep właśnie wyjechał na pustynię, pozostało nam wspólnie wyglądać jego powrotu.

Omiotłam wzrokiem okolicę. Parę metrów od nas stała dwójka Koreanek i żywo gestykulowała z lokalnymi Senegalczykami opartymi o samochód. Zapytałyśmy miejscowych o co chodzi. Ktoś powiedział, że one nie chcą zapłacić taksówkarzowi kwoty umówionej za dojazd. Podeszłyśmy do Koreanek usłyszeć ich wersję, która oczywiście była inna w wysokości ustalonej kwoty. Wpadł mi do głowy pomysł mediacyjny by obie strony mogły ruszyć z impasu. W powietrzu wisiała atmosfera stagnacji i zawieszenia.

– czy umiesz tańczyć? – zapytałam dobrze zbudowanego Senegalczyka, który domagał się zapłaty 6000 xof (ok. 40 zł) za swoją usługę transportu 20 km.

– tak – odpowiedział, po czym podeszłam do dwóch Koreanek, które chciały mu dać 1000xof (ok.7zł) i zapytałam: –  długo tu stoicie i negocujecie cenę?

– z godzinę – odpowiedziały.

– i co zamierzacie dalej?

– chcemy by nas odwiózł z powrotem tam skąd przyjechałyśmy czyli do miasta

– zamierzacie wrócić choć jesteście tak blisko pustyni?

– tak

– Wydaje mi się, że mam dla was dobrą propozycję na rozwiązanie tej sytuacji – powiedziałam i gdy obie zainteresowały się tym co chcę im przekazać kontynuowałam – zapłacicie taksówkarzowi 3000 xof czyli połowę targowanej kwoty, a on dla was zatańczy……. W ten sposób spotkacie się w połowie drogi i obie strony będą zadowolone. Wiem, że on umie tańczyć, spytałam go. Co wy na to?

Propozycja wywołała speszoną reakcję Koreanek i niepewny śmiech dziewczyn. Z mojej oferty mediacji jednak nie skorzystały, a my z Ka postanowiłyśmy nie angażować się więcej w ich sprawy.  Własną cenną energię życiową zachowałyśmy dla siebie i wzmacniałyśmy ją ciekawością tego co przed nami. Gdy przyjechał jeep, zapakowałyśmy bagaże i wskoczyłyśmy na tylne siedzenie. Na widok mocno stłuczonej szyby w dolnym, prawym rogu spytałam:

– to od potrącenia krowy, kozy, barana czy człowieka?

– ptaka – odpowiedział szofer i ruszyliśmy przez pola wydmy mijając po drodze pasące się konie i barwne ptaki zbyt małe na wyrządzenie tak dużej rysy, ale kto wie… jeszcze nie wszystkie ptaki Senegalu poznałam.

Na miejscu znajdowała się duża polana z wiklinowymi krzesłami ustawionymi w cieniu drzew, większy namiot na posiłki i mniejsze mauretańskie namioty do spania. Rozłożyłyśmy swoje rzeczy w jednym z nich i ruszyłyśmy na pustynię. Żółte, malownicze pejzaże wydm rozciągały się w całej swej okazałości przede mną. Z prawej strony szły z oddali dwa wielbłądy z turystami. Ruszyłyśmy w przeciwnym kierunku. Mocny wiatr rozwiewał włosy i myśli hucząc w uszach. Wydmy  przyjmowały piękne kształty kreślone finezyjnymi liniami stwórcy. Usiadłyśmy na rozgrzanych piaskach. Zatopiłam się w siebie czując wiatr owiewający mi twarz. Za parę dni zbliżała się pełnia księżyca w znaku Wodnika, należącym do żywiołu powietrza. Od paru dni również czułam wzmożoną obecność tego żywiołu w swoim życiu. Mój umysł był bardziej klarowny i twórczy, łatwiej mi było robić poranną medytację na ‘dobre ustawienie dnia’ oraz nie ciągnęło mnie w tym czasie do pozostałych żywiołów. Powietrze przejęło tymczasową władzę nad Ziemią i omiatało ją swoim ogonem. Szeptało co trzeba wszystkim tym, którzy uznawali jego istnienie, wyczuwali bliskość i współpracowali.

Po powrocie z wydm rozpakowałyśmy się w przydzielonym nam namiocie. W nim stały trzy zasłane łóżka bez moskitier i panował ogromny upał. Kolejna kotara naprzeciwko wejścia prowadziła do łazienki z drugiej strony. Po prawej stronie stała na piasku ceramiczna muszla klozetowa, obok plastikowa beczka z wodą i małym kubełkiem.  Po lewej stronie od wejścia umywalka z miejscem na prysznic. Część toaletowa i kąpielowa otoczona było parawanem z cienkich brązowych gałęzi gwarantujących intymność i boskie niebo nad głową. Wieczorny prysznic polegał na polewaniu się gorącą wodą z beczki, nagrzanej upałem dnia. Stałam wpatrując się w gwiazdy nad głową i nasłuchując odgłosów z wydm – nieziemska przyjemność!. Ciszę przyrody przerywały wielojęzyczne rozmowy sąsiadów i odgłosy bębnów nadchodzących od strony dużego, kuchennego namiotu. Wybijały rytm kolacji. Ruszyłyśmy biegiem, wygłodzone żołądki wzywały o dobrą i ciepłą strawę. Pod dużym głównym namiotem zebrała się nas wszystkich spora gromadka. Tej nocy było z nami około 50 osób różnej narodowości – tego się tu nie spodziewałam!: Francuzi, Włosi, Hiszpanie, Amerykanie, Koreańczycy i dwie Polki – co miało swoje plusy i minusy. Plusem była wielokulturowość i poznanie nowych obcokrajowców pracujących w Senegalu, minusem długie rozmowy w namiotach w porze snu. Wszystko było słychać i trudno było zasnąć. Do tego doszła duchota w namiocie, brak moskitier i brzęczenie komarów o świcie. Poranne niewyspanie rekompensowały wspomnienie przepysznej kolacji: kuskus po mauretańsku z baraniną i warzywami oraz żywiołowego wieczora Senegalskiego. Po sutym posiłku z owocowym deserem rozpalono duże ognisko. Zespół Senegalczyków barwnie ubrany w tradycyjne stroje zaczął wybijać dłońmi mocną muzykę bębnów. Noc spowiła pustynię, a my z Ka ruszyłyśmy w tańce – ciało wyginało się jak chciało.


On położył swoją prawą czarną dłoń na jej białym brzuchu, lewą na biodrze i powiedział patrząc w jej jasną europejską twarz: – musisz nauczyć się czuć muzykę w biodrach. Tu jest jej miejsce. Poczuj w sobie ten rytm, ten bęben i jego pieśń. Taniec sam przyjdzie.


Powyższy dialog z pewnego filmu jest kwintesencją tamtego wieczora. Siły bębna uruchomiły moce w ludzkich ciałach, a reszta się sama działa. Następnego dnia spotkałam na pustyni większe grono Koreanek, w tym jedną spotkaną dzień wcześniej na parkingu. Dziewczyny czekały na znajomych, którzy wykupili przejażdżkę na wielbłądzie. Pisku było co nie miara przy wsiadaniu i zsiadaniu. Spróbowałam tej atrakcji kiedyś w Maroko i jednorazowe doznania wystarczyły mi zapewne na całe życie. Za każdym szurnięciem kopyta po piasku miałam wrażenie, że z niego spadnę. Obecnie pozostała we mnie sympatia do uśmiechniętego pyska wielbłąda i pewnej jogowej pozycji o tej samej nazwie – camel pose – świetnej dla kobiet. W południe wsiadłyśmy na ciężarówkę i zostałyśmy odwiezione na parking. Trzęsło co nie miara. Samochód na nas czekał i gotowe do dalszej drogi ruszyłyśmy w stronę miasta Saint Louis – dawnej perły architektury kolonialnej. A po drodze spotkałyśmy…. O tym w kolejnym wpisie!

Joanna – Pozdrawiam ze słonecznego i gościnnego Senegalu 🙂


 

zdjęcia własne – a te na których jestem dzięki uprzejmości Katalina Szewczyk 🙂