JEZIORO RÓŻOWE RETBA – roczna pętla czasu

Witaj serdecznie i niezmiennie słoneczne i zapraszam do podróży w 5 odsłonach. Poniżej część pierwsza:

Autostrada z Dakaru wyprowadza nas poza miasto. Po ok. 30 kilometrach kierujemy się zgodnie z drogowskazem na Lake Retba, zwane również różowym (Lac Rose) leżące na północ od stolicy Senegalu. Jezioro jest niezwykle przyjemnym darem natury dla oka człowieka. Jego różowawa poświata powstaje dzięki mikroskopijnym i słono-lubnym algom Dunaliella salina, które produkują czerwony pigment absorbujący promienie słoneczne. Najbardziej intensywne różowe zabarwienie wody występuje na koniec pory suchej – przed lipcem kiedy zaczynają się deszcze. Gdy woda wyparowuje, zwiększa się koncentracja soli i algi produkują więcej barwnika. Kolor jeziora zmienia się również w zależności od kąta padania promieni słonecznych i pory dnia, a najlepiej widoczny jest z lotu ptaka. Lac Rose ma 5 km długości i 800 m szerokości. Z roku na rok jego  powierzchnia maleje. Dawno temu było połączone z Atlantykiem, a dzisiaj oddziela je od oceanu ogromna wydma ciągnąca się paręset metrów.

Pierwszy raz zwiedzam to miejsce z Oz w maju rok temu, tuż po przybyciu do Afryki. Ostatnie dwa miesiące przed końcem pory suchej pozwoliły mi nacieszyć oko mocną różową taflą wody.

– czy tu są krokodyle słono-wodne albo inne żyjątka drapieżne dla mojego ciała? – zapytałam woźnicę pirogi, którą wypłynęliśmy na środek jeziora.

– nie, tu nic nie żyje i można kąpać się bezpiecznie – odpowiedział czytając w mych myślach dodając – ostatnio pływała tu cała wycieczka z Tajwanu, a w słonej wodzie nie żyją krokodyle.

A nieprawda co do tego ostatniego – pomyślałam w duchu o Indonezyjskich doświadczeniach krokodylego uprowadzenia i wróciłam obecnością do Afryki.

Jezioro Retba było dawnej małą zatoczką, którą nanoszone wiatrem piachy odcięły od otwartego akwenu. W wyniku parowania słonej, morskiej wody następował wzrost zasolenia, aż do dzisiejszego poziomu, który wynosi około 380g/litr czyli przekracza 10 krotnie normą morską. Żyjące w jeziorze mikroorganizmy są bezpieczne dla zdrowia, a ogromne zasolenie – podobnie jak w Morzu Martwym – sprawia, że kąpiel w nim wszystkim przychodzi z łatwością. Po dobiciu do brzegu, wyskoczyłam z barwnej pirogi rybackiej i weszłam do wody ubrana w to, w czym przyjechałam. Moja długa i lekko przezroczysta fioletowo-zielona sukienka absorbowała coraz bardziej wodę i sól. Weszłam wgłąb parę metrów od brzegu, kucnęłam i położyłam się na nim. Jezioro jest płytkie, maksymalna głębokość to 3 m z czego połowę stanowi woda, a drugą połowę sól. Ono zaczęło mnie unosić, a ja poddałam się jego ogromnej wyporności i dużej temperaturze wody.

 

Kołysząc się na różowej wodzie, czułam się jak kulinarny składnik smacznej, gorącej polskiej zupy. Byłam głodna i stęskniona polskiej kuchni, więc stałam się buraczkiem pływającym w truskawkowo-czerwonym barszczu obracającym się z prawej na lewą burtę ciała. Ogromne zasolenie pozostawiało na ciele ciekawe odczucie jedwabistej śliskości. Oz widząc, że nie żartuję z kąpielą, wysłał znajomego do pobliskiej artystycznej wioski by kupił mi nowe ubranie na zmianę. A ja stałam się kuracjuszką w słynnym słonym uzdrowisku Lac Rose.

Lecznicze właściwości kąpieli solnych poznałam parę lat wcześniej mieszkając w Polsce. Janek, leczący dłońmi u siebie w gabinecie i na odległość, dał mi to zalecenie podczas jednej z wizyt: ‘jesteś bardzo spięta i masz dużo stresu w ciele, kąp się codziennie w 3 kg soli morskiej nie jodowanej przez dwa tygodnie. To pomoże twojemu ciału się odprężyć i uwolnić napięcia emocjonalne z mięśni’. I tak robiłam dodatkowo dbając o lekkostrawną dietę, głównie owocowo-warzywną. Wannowe kąpiele solne z czasem stały się moim miastowym nawykiem i aplikowałam je sobie za każdym razem, gdy czułam potrzebę oczyszczenia z wyzwań dnia i zapewnienia sobie zdrowego snu. 

Tamto wspomnienie unosiło się ze mną jeszcze parę minut w nagrzanych słońcem, różowych wodach Lac Rose. Jego przyjazne właściwości, nie wymagają umiejętności pływackich, które należy zostawić na mniej lub bardziej spokojne fale Atlantyku. Po kąpieli, gdy tylko wyszłam na brzeg zjawiła się handlarka z wiaderkiem słodkiej wody i zaczęła polewać mnie od czubka głowy. Przebrałam się sprawnie i kupiliśmy pamiątkowy naszyjnik odwdzięczając się za pomoc w ablucji. Ruszyliśmy samochodem drogą wokół jeziora.

Jezioro Retba jest przede wszystkim miejscem wydobywania soli i ważnym elementem utrzymania ludności z okolic i miejscem pracy głównie dla obywateli Gwinei i Mali. Mężczyźni pracują po wiele godzin stojąc do połowy pasa w ogromnym stężeniu soli. Dawniej robiły to kobiety lecz z uwagi na liczne problemy zdrowotne, w tym częste poronienia, zamienili się rolami. Przed wejściem do wody mężczyźni smarują dla ochrony całe swoje ciało masłem Karite (z angielskiego Shea – wytwarzanego z nasion drzewa z gatunku masłosz Parka). Wypływają samotnie drewnianymi pirogami (metal nie ma tu szans przetrwania) na środek jeziora wyposażeni w najprostsze narzędzia: kosz, szpadel i kij, którym odpychają łódź od dna jeziora. Wydobyty solny szlam wrzucają do wnętrza pirogi, aż łódź będzie załadowana do krawędzi na jeden centymetr i wracają do brzegu. Załadunek może ważyć nawet ponad 1 tonę! Przy brzegu kobiety pomagają w rozładunku, układając sól na brzegu do wyschnięcia i wybielenia przez słońce, co zajmuje ok 4 dni. Potem formują potężne biało-szare kopce solne z wcześniej rozkruszonej soli. Pagórki z drobną solą połyskują w świetle słońca jak płatki śniegu iskrzące się w Tatrach na górskich wędrówkach, tylko temperatura jest inna… Tutejsza sól ma dwie odmiany: ‘średnia sól’ używana jest do suszenia ryb i przy obróbce skór zwierzęcych. ‘Duża sól’ dodawana jest w Senegalu do pożywienia, choć w Europie posypuje się nią drogi zimą. 

Każdy człowiek ma prawo brać sól na swoje potrzeby, ale nie dla zysku. Obowiązują tu zasady: nie walczymy o sól, nie kradniemy jej i dodajemy jod. Ocenia się że przy jeziorze pracuje ok. 1000 osób – 600 mężczyzn i 400 kobiet, którzy wydobywają rocznie ok 24 000 ton soli. Gdy od grudnia do marca wieje Harmattan silny, północno-wschodni wiatr w porze suchej znad Sahary, sól wyparowuje z powierzchni wody morskiej formując cienkie i delikatne skorupki tzw. ‘kwiaty solne’ (fleur de sel).

Po drugiej stronie jeziora uprawiane są warzywa na śnieżno-muszelkowych poletkach. Zielone sadzonki wyrastają z ziemi pokrytej białymi muszelkami ku żółtemu słońcu. W tle migocze różowa barwa jeziora, które z roku na rok pomniejsza swoją objętość. Kiedy zniknie całkowicie? Nie wiadomo, za parę lub paręnaście lat być może całkowicie wyparuje. Śpieszmy się więc nim delektować, póki jest co bo z czasem przeminie.

Wszystkie zjawiska natury zgodnie z prawem cykliczności życia: powstają, istnieją i znikają, czyli przemieniają się w inny budulec życia. Jako, że nic w przyrodzie nie ginie a jedynie zmienia postać energetyczną, tak śmierć starej formy jest początkiem nowej. Także etapy naszego ludzkiego życia możemy zobrazować na wiele sposobów, chociażby przez bogactwo geometrycznych form. Ich cykliczność może być morską falą Atlantyku, spiralą paproci wznoszącą się w górę jak kręte schody do nieba lub okręgiem, który się dopełnia i domyka jakiś temat życia. To co ma swój początek, ma swoje naturalne zakończenie, z którego powstaje nowy okrąg – kolejny początek. 

Moim dopełnieniem dla jeziora Retba zwiedzanego w porze suchej, była wizyta rok później w porze deszczowej. W Senegalu trwa ona od lipca do końca października. Deszcze padają od czasu do czasu po paręnaście minut lub parę godzin, a potem zza chmur wychodzi gorące słońce i wszystko błyskawicznie osusza. Lac Rose odwiedzone przeze mnie i Ka w sobotnie południe w połowie sierpnia było gładkie i jasne, z różowym zabarwieniem widocznym jedynie przy brzegu. Dzień wcześniej była całodniowa ulewa w Dakarze i okolicach, jakby niebiosa przemywały nam trasę na upragniony wyjazd.

Na jeziorze w oddali pracowali wyławiacze soli i załadowywali nią swoje wąskie czółna formując spiczaste kopce. Pojechałyśmy do wioski artystycznej położonej przy brzegu. To urokliwe miejsce obsadzone drzewami dającymi cień, wypełnione śpiewem ptaków i wiatrem nieśpiesznie przemykającym między zielenią. Mini oaza zapraszająca na relaks, kąpiel w jeziorze lub mini basenie, dobry lunch i lekturę albo popołudniową drzemkę. Za tą spokojną infrastrukturą turystyczną rozciąga się pasmo wydm, w cieniu przy płocie siedzą wielbłądy, których właściciel wyczekuje chętnych na przejażdżkę. Na parkingu niedaleko stoją jeepy, ciężarówka, skutery czy quady oferując różne możliwości zwiedzania tego miejsca. Swoiste wspomnienia  słynnego rajdu Paryż-Dakar, którego meta znajdowała się kiedyś w okolicach jeziora, zanim został przeniesiony do Ameryki Południowej.

Zajrzałam do galerii z pamiątkami, a Ka w tym czasie wyczekiwała śniadania, które zamówiłyśmy w lokalnym barze. Pani w czerwonej sukience z drewnianego okienka przystąpiła do pracy. Przepołowiła długą francuską bagietkę i zaczęła smażyć jajecznicę z 4 jaj, po dwa dla każdej z nas. Wypełniła nią bułę i gdy podała ją Ka, ta zamachała do mnie. Przybiegłam co sił w nogach i przykucnęłam przy niej na drewnianej ławce. Słodka kawa Touba i bagietka z jajecznicą pasowały do siebie jak ulał. Najedzone i zaciekawione dalszą podróżą, wyruszyłyśmy w naszą trzydniową trasę na północ Senegalu, w stronę pustyni Lompoul, kolonialnego miasta Saint Louis przy granicy  Mauretanią i okolicznych rezerwatów przyrody.

Pozdrawiam z gościnnego kraju,

Joanna – Polka w Senegalu